wezon blog

Twój nowy blog

W drodze do…

3 komentarzy

Siedzimy w barze na lotnisku w Stambule. Jest prawie 21 (tutaj 22), wyruszyliśmy z domu o 11. Przed nami jeszcze bardzo długa droga. Jeszcze półtorej godziny do odlotu, 9 godzin w samolocie, 2 godziny oczekiwania na wizę i podróż rozpocznie się na dobre.
Myślę, że 1 listopada wrócimy szczęśliwie pełni wrażeń i stęsknieni za Laurką.
Będzie chyba o czym pisać poza remontem. ;)
Dwa tygodnie wypoczynku przed nami.

Już prawie połowa października, a my dalej w trakcie urządzania.
Ekipa główna poszła sobie 4 września. Mają jeszcze wrócić na 1-2 dni, na drobne poprawki i dokończenie drobiazgów w nieustalonym jeszcze terminie.

Przez wrzesień zdążyliśmy załatwić:

- położenie i po 4 tyg. wycyklinowanie i lakierowanie podłóg – z przygodą, bo gotowa podłoga, która miała być super fabrycznie zalakierowana okazała się w plamy(miejscami za grubo lakieru, a miejscami prawie wcale), a importer stwierdził, że wymienić może, ale każda partia będzie taka sama, albo jeszcze gorsza, bo tak tam produkują i tyle. I on radzi wycyklinować i polakierować od nowa. Na górnym korytarzu tak zrobiliśmy, bo schody specjalnie zamawialiśmy z tego drewna, w salonie udało się położyć gotową z najlepszych desek, a podłogę w gabinecie zmieniliśmy na dąb. W sumie dobrze, bo się zastanawialiśmy, czy jaśniejsza nie byłaby lepsza i okazja do zamiany sama się trafiła.

- zamonotowanie schodów – to poszło super, robiło to dwóch facetów, którzy kochaję tę robotę. Wymierzali każdy schodek co do milimetra, głaskali i niemal całowali. Tyle że robota dla nas, to ostatnia robota u szefa, zaczynają działać wyłącznie na własną rękę i oczywiście będzie taniej.

- spieprzyłam tynk strukturalny w przedpokoju – jest piękny, ale gryzie się z kolorem tapety; w ostatni poniedziałek przyjechał facet dorodzić co do tynków w innych miejscach i ratować ten i przywiózł nowy katalog, w którym jest idealny kolor. Dobrze że jest, ale czemu nie miesiąc wcześniej? Trzeba będzie jeszcze raz płacić za to samo.

- walkę z gresem w wiatrołapie – zapaćkali czymś co nie chciało zejść po dobroci, myślałam, że zniszczony na dobre, chciałam kuć, ale po intensywnym użyciu wielu środków dał się doczyścić w 98%. Łatwo z nim nie będzie, wygląda na to, że lubi się brudzić, a nie takie były zamierzenia. Jak go pogryzę z rozpaczy przy czyszczeniu to wymienimy.

- rezygnację z kuchni po 1,5 miesiąca czekania na próbki. Producentka miała bujną wyobraźnię. Przy każdym poganiającym telefonie ze studia opowiadała na jakim etapie jest. Już maluje, już lakieruje, już suszy, wyśle w poniedziałek. Po drodze były urlopy pracowników, strajki, zwolnienia, pogrzeby, aż w końcu w dwa dni po „wysłaniu” paczki powiedziała, że próbek nie zrobiła i nie zrobi bo nie potrafi. A my od tego weekendu w który Laura się rozchorowała, czekaliśmy do 20 września.

W październiku załatwiliśmy:

- umowę na kuchnię z nową firmą – kuchnia będzie dopiero w grudniu

- wczoraj montowali drzwi – przez 12 godzin – nie dokończyli, a do tego fabryka dała ciała w 3 punktach: drzwi do gabinetu przysłali 80 cm zamiast 90 cm, do łazienki Laurki brakuje zamknięcia, a szyby do łazienki i gabinetu zamontowali odwrotnie. Pośrednik twierdzi, że jeszcze nigdy nie skopali tak zamówienia. Wszystko da się naprawić, ale będziemy bez jednych drzwi jakiś czas.

W tym tygodniu może uda się zamontować balustradę.

A potem zasłużony urlop. Znikamy do 1 listopada.

Trzynastego

2 komentarzy

Taka ładna data dzisiaj – 13 sierpnia, w piątek mija 13 tydzień robót wykończeniowych. Do zamieszkania jeszcze daleko.
Leżą prawie wszystkie kafelki, ale nie są pofugowane, góra jest pomalowana, łazienki są wyłożone kafelkami, ale sprzęty jeszcze nie zamontowane. I jeszcze wszystkie tapety do położenia. Nie licząc takich drobiazgów jak węże świetlne i kontakty. Obstawiam jakieś trzy tygodnie roboty jeszcze.
W następny poniedziałek wchodzi parkieciarz. Część podłóg jest gotowa,tylko do położenia, część trzeba będzie cyklinować. Jesiony do cyklinowania mają leżeć miesiąc i  się przyzwyczajać do domu. Przed cyklinowaniem nie da się położyć tej podłogi gotowej, która będzie się stykać z surową. Jak nie będzie tej podłogi w górnym korytarzu, to nie zrobią schodów, bo chcą się dopasowywać do gotowej podłogi. Nie będzie też drzwi, bo przed cyklinowaniem się nie zakłada.
Wygląda kuchni ustalony, ale jeszcze nie zwymiarowana i nie zamówiona na 100%. W przyszłym tygodniu może przyjadą mierzyć. A potem tylko 4-6 tyg. czekania i już.
Czyli gdzieś koniec października będzie można zamieszkać, jak nic się nie obsunie.
Na szafy, lampy i meble nie mamy pieniędzy i nie wiadomo kiedy będą.
Już mi się niedobrze robi od tych wszystkich drobiazgów do załatwienie, małych problemów i braku pieniędzy. Na szczęście już bliżej do końca niż dalej.

Jutro spotkanie u notariusza. Będziemy właścicielami domu.
Wreszcie rodzice odetchną, że nic się nie stanie. Mama naoglądała się historii o nieuczciwych deweloperach i trochę się boi.
I będzie można spokojnie wykańczać dom, bo wykańczać cudzego nie chcemy.

Druga i ostatnia transza kredytu poszła. Klamka zapadła, musimy tam zamieszkać. :)

Ruszyliśmy w trasę przed 9, a wróciliśmy do domu o 23.
Najpierw odwieźliśmy Laurkę do mamy, potem na odbiór domu.
Niby trzeba było tylko przejść po wszystkich pomieszczeniach, a zajęło nam to 2,5 godziny.
Potem szybciutko obejrzeliśmy sufity – to nie są zwykłe sufity, tylko napinane, z czegoś w rodzaju folii. Dlatego dało się je obejrzeć. :)
Ma być taki w wiatrołapie, dający lustrzany efekt.

Potem Bartycka, sama nie wiem, czego tam chcieliśmy ;), Domoteka, do mamy, tam kolacja, pogaduszki i się zeszło.
Dobrze, że mamy takie kochane dziecko, które zasypia, kiedy się je położy.

Więcej rzeczy wiemy, wiemy, że potrzebujemy dużo za dużo pieniędzy i nie wiemy, kiedy to się skończy. :)

Wykańczanie domu zaczęliśmy od zakupu lustra, potem meble do gabinetu wraz z lampą i lampa do łazienki. Rozsądni ludzie z planem, nie zaczynają urządzania od rzeczy potrzebnych na końcu. Najwyżej będziemy mieli meble na betonowej podłodze, to nawet teraz modne.
Mam jeszcze ochotę na kolejny żyrandol, ale walczę, walczę, bo jesteśmy okropnie pod kreską.

W poprzedniej notce napisałam, że sprzęty i akcesoria do łazienki zamówione, ale nie było tak prosto. Przy przygotowywaniu zamówienia wyszły pewne niedopowiedzenia. W czwartek przed długim weekendem pojechaliśmy osobiście dograć szczegóły. Przez półtorej godziny ustalaliśmy, czy wanna prawa, czy lewa, jaki kurek przy armaturze i jaki stelaż do WC. Udało się, wczoraj zamówienie poszło. Wszystko powinno być do 6 tygodni.

Jutro J. wziął wolne i mamy dzień załatwiania.
Laurkę odstawiamy z samego rana do mamy i w drogę.
Mamy wybrać jakiś kominek i obudowę, grzejniki na wymianę do łazienki naszej i Laurki, zamówić kamień do naszej łazienki, wybrać coś na blat do naszej łazienki, obejrzeć sufity podwieszane i drzwi (ciągle mam nadzieję, że uda się znaleźć coś równie ładnego i tańszego od tych wymarzonych). Powinniśmy jeszcze się umówić na pomiar z drugą firmą od schodów, ale to chyba jeszcze nie teraz.
A najpierw odbiór domu. Wreszcie odbiór. Potem z aneksem do banku uruchomić drugą transzę i dom będzie wreszcie nasz.
Ekipa miała zaczynać od 10 maja, na szczęście jeszcze się nie odzywa. Na szczęście, bo deweloper by wolał, żebyśmy nic nie robili przed podpisaniem aktu. Grzebać mamy w swoim domu. A i my, po tych wszystkich historiach z deweloperami nie palimy się do urządzania cudzego domu.

Jeszcze nic nie ruszyło, a już tyle zrobiliśmy i tyle to trwa. Od grudnia spłacamy kredyt, a dokładnie same odsetki. Chciałabym już zacząć spłacać, chociaż po kilkaset złotych.

Niech już zaczynają, ja chcę widzieć, jak w rzeczywistości powstaje to, co mam na rysunkach i w pomysłach. Chcę zobaczyć swój dom. I mam nadzieję, że mnie nie rozczaruje. Chociaż niektóre pomysły musiałam ograniczyć.

Ruszyła maszyna, jak żółw, ociężale…

W piątek 9 kwietnia byliśmy w Supraślu oglądać schody. Schody w porządku, zrobią nam o 1/3 taniej niż w Warszawie.

Dwa tygodnie temu zamówiliśmy szlaczki do naszej łazienki – trzeba im dać czas na dotarcie z Meksyku.

Tydzień temu uporaliśmy się wreszcie z wybraniem, wynegocjowaniem cen i zamówieniem armatur, ceramiki, wanien itd. do wszystkich łazienek.

We wtorek dostaliśmy projekt wykonawczy od architektów. Jesteśmy w trakcie poprawek, ale już można składać zamówienie na kafelki, bo projektantka wszystko wyliczyła.

Na budowie końcowe prace wrą. Dzisiaj byliśmy z panem od obmiaru schodów. Nie ma jeszcze kafelków na tarasie i ogrodzeń od sąsiadów.

Ekipa wybrana i zaklepana. Ta od architektów. Jak rzucili cenę, wyceniając tak na oko, to się zapowietrzyliśmy, tak dużo wyszło.
Jednak trochę spuściliśmy z tonu, bo po zrobieniu wyceny przez 3 inne ekipy, liczące mozolnie z metra wyszło prawie na to samo.
A ci trzymali dla nas termin i umowa jest taka, że skoro się zgodzili za tyle, to co byśmy nie wymyślili, zrobią w tej cenie. W projekcie są np. 3 sufity podwieszane, a jak sobie zażyczymy 6, to nic nie doliczą. Zgadzają się na robotę i zrobią co chcemy.
Do tego zeszli nam z ceny parę procent. Niech im będzie.
Wchodzą gdzieś koło 20 maja.

Wszystko posuwa się powoli i w dobrym kierunku, tylko finanse nas martwią. Jak to na budowie – wszystko wyszło drożej niż w założeniach. A na wygraną w totka nie ma co liczyć – bo nie gramy. ;)

Ogłoszenie

4 komentarzy

Potrzebuję informacji. Czy ktoś z Was ma znajomą ekipę remontową, tzn. sprawdzoną?

Dostaliśmy dzisiaj wyceny od 3 ekip poleconych przez architektów i padliśmy. Najtańszy chce o 50% więcej niż szacowaliśmy.
I teraz nie wiemy, czy próbują z nas wyciągnąć ile się da, czy usługi remontowe są tak horendalnie drogie.

W tej sytuacji to chyba sobie zrobimy jedną łazienkę, wstawimy kuchenkę turystyczną, zawiesimy żarówki i będziemy tak mieszkać. :)

Nikt by nie wymyślił bardziej dramatycznych wydarzeń.
Taka katastrofa w takim miejscu, w taką rocznicę.
Rozbić się przy lądowaniu, w lesie w którym 70 lat temu zginęli oficerowie.

Życie jest zadziwiającym scenarzystą.

Nie mamy pary prezydenckiej, prezesa NBP.
Coś takiego jeszcze nigdy się nie wydarzyło.

W zeszłą sobotę zrobiliśmy rajd po sklepach.
Ciągle nie spodobała mi się żadna lampa.

Za to znaleźliśmy piękne schody, kuchnie za majątek i meble do gabinetu.

Nie mogliśmy się oprzeć i kupiliśmy wielkie kolonialne lustro do przedpokoju. Od czegoś trzeba zacząć to urządzanie. A wzięliśmy ostatnie z kilku, które mieli i już w tym roku takich nie będzie.

Podliczyliśmy też budżet i wyszło, że jak byśmy wzięli wszystko co chcemy i od razu urządzali do końca, to potrzebujemy ze 3 razy tyle co przewidzieliśmy i co mamy. Jak to teraz ugryźć?

Największy koszt stanowią te schody i kuchnia. Oczywiście hipotetyczny, bo raczej tego nie przełkniemy.
Schody są przepiękne, dzieła sztuki normalnie i jeszcze jestem w stanie zrozumieć ten koszt. Ale żeby za w końcu kawałki sklejki sobie życzyć takie pieniądzie, to przesada. Powariowali w tych salonach kuchennych.
Wymyśliłam sobie perłowy, gięty MDF, to teraz mdleję, jak słyszę ceny. Jak myślicie, ile w warszawskich salonach chcieliby za taką 6-7 metrową kuchnię?

I ile mogą kosztować jednobiegowe obłożone drewnem schody z kutą balustradą? 19 stopni i 10 metrów balustrady?


  • RSS